Nadeszła w końcu chwila, kiedy ten post będzie się wydawał nie tyle spóźniony, co odpowiedni. Dlaczego? Bo Florence w Polsce, bo radość i wspominki jednej z największych i najfajniejszych koncertowych eskapad, bo za 17 dni kolejna i skoro już mam tyle zdjęć, to można by było się w końcu nimi podzielić. Tytuł posta (oprócz tego, że jest jedynym zdaniem po francusku, które potrafię wymówić) doskonale oddaje wszystko to, co działo się podczas 8 dni prawie dosłownego gonienia Królowej i jej zespołu. Na początku miał być tylko (tradycyjnie) Berlin, ale kiedy perspektywa rocznej przerwy Flo od muzyki stała się zatrważająco prawdziwa stwierdziłyśmy z dziewczynkami, że na jednym koncercie nie może się skończyć. Stanęło na Paryżu, bo o koncercie tam mówiłyśmy już od naszej pierwszej podróży na koncert Kasabian w listopadzie 2011. Ja nie do końca wierzyłam, że to naprawdę może się udać, więc kiedy pewnego wrześniowego popołudnia dostałam sms o treści "BILETY DO PARYŻA Z KRAKOWA ZA 15 ZŁOTYCH, LECIMY!!!!", cała Lizbona usłyszała mój krzyk radości. Logistycznie wszystko ułożyło się jeszcze piękniej - tani przelot z Paryża do Berlina, później pociąg prosto do Wrocławia, a do tego noclegi za - niemożliwie jak na lokalizację - niskie ceny - Królowa faktycznie nad nami czuwała! Wyszedł z tego chyba jeden z najzabawniejszych (o ile nie najzabawniejszy!) wyjazd mojego życia, począwszy od couchsurfingowej nocy w pokoju dziecięcym rodem z horroru, przez najbardziej usyfione mieszkanie całego Paryża, śpiewanie Dog Days Are Over idąc pod wieżę Eiffela (i tańczenie Cbata zaraz pod nią), karuzele, kolorowe świąteczne jarmarki, berlińskie ZOO i wiele godzin spędzonych na szopingu w Primarku, na dwóch (właściwie czterech, wliczając w to Spector) fenomenalnych koncertach kończąc. Pamiętam, jak dzień po powrocie starałam się ułożyć audycję na temat tych właśnie koncertów. Płakałam na nich, płakałam tworząc ją i prawie płakałam w radiu. Taka sama sytuacja z pisaniem relacji dla redakcji, ale wtedy powstrzymywała mnie kawiarniana przestrzeń, w której wówczas się znajdowałam. Tyle emocji!
And I would give all this and heaven too...
sesyjka rodem z Vogue
having a Blair Waldorf moment
we are never ever getting back together, Harry :(
pozdrowienia dla fejsbuka :)
Queen of fucking everything
kolorowe berlińskie jarmarki (jahahahaha)
durch den monsun :(
♥
superfast jellyfish superfast jellyfish
Kasia, lat (wtedy) 20
Macpherson ♥
(zdjęcia i moje, i Urbanowe, mam nadzieję, że się nie pogniewają za kradzież!)
No comments:
Post a Comment