Tuesday, 25 December 2012

if fashion is your trade, then when you're naked I guess you must be unemployed

Obejrzałam wczoraj, po miesiącach nadrabiania zaległości, ostatni odcinek Gossip Girl i, jak to zazwyczaj w przypadku końcówek seriali bywa, zrobiło mi się niewyobrażalnie smutno. Nie, żeby sytuacja, kiedy serial doprowadza mnie do łez zdarzyła mi się po raz pierwszy (Doctor Who zasługuje chyba na miano najbardziej wzruszającego serialu ever) i z całą pewnością jeszcze nieraz się powtórzy, ale ten serial zawsze będzie mieć specjalne miejsce w moim sercu. I to nie bez powodu! Nie tylko sprawił, że po raz pierwszy od wielu lat zatęskniłam za Nowym Jorkiem (planowanie podróży już trwa!), ale przez ostatnie trzy lata kształtował mój styl. Ile to razy zdarzało mi się zaraz po obejrzeniu odcinka wchodzić na strony najznakomitszych domów mody i wzdychać do ich kreacji! Dlatego kiedy po obejrzeniu ostatniego odcinka spędziłam dobre dwie godziny na przeglądanie strony Elie Saab i doszło do mnie to, że prawdopodobnie to ostatni taki raz, zrobiło mi się cholernie smutno.



Blair Waldorf zawsze była moją najulubieńszą wredną dziewczyną. I przyznam szczerze, że walka o ten tytuł w moim sercu była naprawdę zacięta, bo brała w niej udział chyba najbardziej wyszczekana (i dla mnie nadal najpiękniejsza) Brytyjka - Lily Allen. A jednak - w tej kategorii wygrała Queen B. Wyrafinowana, wytworna i kobieca. Mistrzyni intryg i geniusz słowa. Jej mądrościami mogłabym bez problemu wytapetować sobie pokój. Szczególnie tymi o modzie! Sprawiła, że wyglądanie dobrze przestało być dla mnie odległą alternatywą, a przyjemną koniecznością. I chwała jej za to!



Każdy, kto mnie zna, czy to na żywo, czy w internecie wie, że moda, już nawet nie po, ale obok muzyki jest moją największą miłością. Odkąd prawie trzy lata temu przeprowadziłam się do Wrocławia zawartość mojej szafy wzrosła do tego stopnia, że czasami mam obawy przed jej otwarciem, mając w głowie zabawną, acz tragiczną wizję śmierci poprzez przygniecenie nawałem ubrań. I mimo, że bardzo chciałabym zrzucić na kogoś odpowiedzialność za to przepełnienie mojej szafy, to przyznaję się bez bicia - to moja wina. Lubię się usprawiedliwiać mówiąc, że nadrabiam stracone lata. Bo pomimo tego, że (nieskromnie) obecnie słyszę na temat moich ubrań zazwyczaj pochlebstwa, to nie urodziłam się w pantofelkach od Jimmy'ego Choo. Co więcej, wieki ciemne (czyli te, w których uważałam, że to, jak wyglądam nic nie znaczy) trwały w moim przypadku przez prawie 17 lat. Ba, myślałam, że będą trwać wiecznie i wcale mi to nie przeszkadzało! W ciągu moich nastoletnich lat zdążyłam między innymi przerobić bycie fanką metalu, hippiską, buntowniczką i country girl. Wszystko to nie z powodu estetyki, ale próby odnalezienia się w dość brutalnej, gimnazjalnej rzeczywistości. Przez długi czas myślałam, że kiedy zaakceptuje mnie otoczenie, to i ja zaakceptuję siebie, a kiedy za każdym razem odnosiłam porażkę wydawało mi się, że moda (w sensie: ubrania) naprawdę nic nie znaczą. Całe te moje myślenie trwało aż do momentu mojego pierwszego wyjazdu do Londynu. Nie była to bynajmniej pierwsza stolica mody, jaką odwiedziłam, ale z całą pewnością ta, która wpłynęła na mnie najbardziej. Bo o ile Rzym w moim odczuciu był ostoją elegancji, Nowy Jork stolicą wyzwolenia a Paryż kolebką ekstrawagancji, tak Londyn, mimo całej swojej historycznej wytworności wydał mi się... naturalny. I przez to jaki kolorowy! I mimo tego, że płaszcz przeciwdeszczowy Burberry i kreacja Christophera Kane'a zdawały się być codziennością, to połączenie sukienki balowej z adidasami (jeszcze raz Lily) nie było modowym faux pas, ale ciekawym i akceptowalnym eksperymentem. Tak więc, z Londynu wróciłam potrójnie zakochana - w mieście, w jego mieszkańcach i w jego ubraniach. A później było już tylko lepiej. I oto jestem, ja, Kasia, lat 21, wiecznie w sukienkach, z Lily Allen, Zooey Deschanel, Florence Welch i Blair Waldorf czuwającymi nade mną.



Za co najbardziej kocham modę? Chyba za to, że przeplata się wręcz idealnie z każdą moją miłością. Na temat połączenia z muzyką powstała już cała audycja (a jeśli to nie wystarczy, to tytuł wpisu będący cytatem z piosenki Pulp i Florence Welch będąca inspiracją Gucci bronią się w zupełności). Jeżeli chodzi o kinematografię, moje uwielbienie do Zooey Deschanel i Blair Waldorf jest już samo w sobie wystarczającą odpowiedzią, a mogłabym podać jeszcze tuzin innych przykładów. No i w końcu podróże, bo traveling in style stało się domeną każdej z nich i nawet pęcherze na rękach od ciągnięcia za sobą przez bity miesiąc po całej Wielkiej Brytanii walizki ważącej ponad 20 kg nie zdołają mnie przekonać do tego, że w podróży najważniejsza jest wygoda (ok, jest ważna, ale nie priorytetowa). Nawet mój wymarzony mężczyzna przyznał niedawno, że ma w domu 75 par butów! Pozostaje mi w tym wypadku zacytować Fredericka: "If this isn't love, tell me what is".
A przede wszystkim kocham modę za to, że dzięki niej w końcu czuję się dobrze i w przeciwieństwie do moich buntowniczych lat zrozumiałam, że kiedy ja zaakceptuję siebie, to akceptacja otoczenia przestanie być priorytetem. Najbardziej na świecie irytują mnie ludzie mówiący, że moda jest dla ludzi pozbawionych własnego ja. Nie - moda jest dla ludzi, którzy przez nią potrafią pokazać siebie. Yves Saint Laurent wierzył, że moda nie tylko ma upiększyć kobiety, ale przede wszystkim je uspokoić i dać im odwagę. Mówił, że ubiór to styl życia. I chyba nie ma zdań, z którymi zgodziłabym się bardziej. Mody nie trzeba rozumieć, żeby ją kochać. Bo na tym polegają te najpiękniejsze miłości, prawda?

Monday, 9 July 2012

in this bodies we will live in this bodies we will die, where you invest your love you invest your life

A ja od soboty swoją miłość inwestuję w nich:



Takie wrażenia na Open'erze wywołał na mnie chyba tylko koncert Kasabian (!). Był brokat, lamie łzy, zachody słońca, błoto po kostki i chmury wyglądające jak popcorn. No i był Marcus Mumford ze złamaną rekę, do którego najchętniej bym podeszła, przytuliła i zaprosiła na budyń.

Monday, 2 July 2012

Smiling in the streetlight even with my eyes shut tight




Dzisiejszy odcinek z cyklu "Jak to możliwe, że ci ludzie w ogóle istnieją?" sponsorowany przez Florence Leontine Mary Welch

Wednesday, 27 June 2012

dirty dancefloors and dreams of naughtiness




























Z miłości do przydługich grzywek, chłopców w rurkach i opustoszałych kręgielni

In courtesy of this man

Tuesday, 26 June 2012

Tour stop #1 - Gdansk, do you want to gdance?

Czyli moi nowi ulubieni chłopcy, nadmorskie wojaże i uroki trwającego Euro 2012. I'm in love!















(I jak to zazwyczaj bywa, walizki nie rozpakuję jeszcze pewnie przez dwa tygodnie)

Friday, 8 June 2012

oh I live for these moments just like this one



Ta piosenka od zeszłej soboty już na zawsze będzie mi się kojarzyć inaczej. Odśpiewana (a raczej wykrzyczana) w Berlinie z najcudowniejszym mężczyzną chodzącym po tej ziemi a.k.a. Thomasem Peterem Meighanem, który trzymał mnie w tym momencie za nadgarstek i zmuszał do zaśpiewania z nim. Tamta noc jest dla mnie nadal tak nierealna, że gdyby nie potwierdzenia moich znajomych i filmik upamiętniający to wszystko, to sama bym w to nie uwierzyła.










Nie było mnie tu bardzo długo - wszystko oczywiście nie bez powodu (tak, prokrastynacja też jest powodem), ale postaram się to zmienić. Chcę już, żeby te 12 dni minęło tak szybko jak zeszłe 5 miesięcy. Bo za 12 dni czeka mnie kolejny dzień w niebie. Ale o tym opowiem w swoim czasie.

Thursday, 12 January 2012

happy birthday



to the absolute original clown, artist, lover, brother, genius, non-genius, idiot also known as Thomas Peter Meighan


O ile urodziny Serdża i swoje spędzałam w Londynie (on zresztą też, a i tak nie się nie spotkaliśmy), urodziny Toma paradoksalnie spędzam w łóżku w Piekarach, a on, Serdż i cała reszta ślicznych chłopców (tak, wliczam w to obecność The Vaccines) spędzają je w Japonii. This is fucking unfair, chciałoby się powiedzieć patrząc na terminy egzaminów zapowiedzianych na przyszły tydzień i konspekt audycji, którego jeszcze wcale nie stworzyłam czekając na jakiś cud w postaci olśnienia Mikołaja Ziółkowskiego i ogłoszenia przez niego jutro o godzinie 20 nikogo innego niż Florence + The Machine. A przynajmniej oczekując na cud w postaci odmiennych niż moje przewidywania terminów zjazdów, co byłoby już jawnym pozwoleniem losu na kupienie sobie biletu na marcowy berliński koncert Kasabian. Swoją drogą, na razie bardziej niż sesja przeraża mnie ten brak perspektyw na tegoroczne koncerty (okej, wykluczam z tych perspektyw Open'er, który jest oczywistością i planów na Benicassim, które mam nadzieję, że wypalą) i przeklinam moment, w którym policzyłam, na ilu koncertach byłam w zeszłym roku, z czego wyszła piękna, okrągła liczba 70 koncertów i idące za tym postanowienie noworoczne, żeby tym razem być na 100. Life could be worse, you could be a nurse - śpiewa Ricky Wilson z tyłu mojej głowy. Znowu.


Moje urodzinowo-świąteczne prezenty (wracając do tematu urodzin) opierały się głównie o Tomaszową tematykę.




Hipsterska torba, którą dostałam od Asi, a "nie jestem fotonem, jestem psychofanką" jest wyrazem mojej frustracji na temat hipsterskości niektórych przedstawicieli naszego (już samego w sobie hipsterskiego) kierunku studiów





Od Lizoka dostałam zestaw "Sculpt your own perfect boyfriend" i kartkę z dopiskiem "ulep sobie Toma". Taki jest więc wynik mojego niemożliwego braku zdolności manualnych, ale i tak kocham i go, i Lizoka, bo jest pikusiem




Ostatni prezent, jaki przyszedł dostałam od Urbana, a kiedy otworzyłam ślicznie (nadużywam tego słowa) zapakowane pudełko wysypało się na mnie brokatowe confetti (blood and glitter tastes so bitter) i stos wstążeczek, który widać na zdjęciu, a pod nimi znajdowały się PUZZLE, będące naszą najlepszą rozrywką podczas listopadowego wyjazdu do Berlina na Kasabian, kiedy zamiast imprezować, siedziałyśmy w pubie i układałyśmy (niestety wybrakowane) puzzle z koniem i mapą Niemiec. Te z pewnością przydadzą się podczas podróży na Benicassim w lipcu








Chcę powrotu do życia i koncertu Kasabian zamiast utożsamiania się z Emmą Morley, please


(i spóźniłam się z postem o kilka minut :()