Tuesday, 27 August 2013

I sing you a song that I think you'll like and we walk to places we always go

Od kilku tygodni moje życie wcale nie jest usłane różami. Jest wypełnione desperacją, zmęczeniem, paniką i złością, przede wszystkim na siebie samą. Mimo wszystko, nie lubię publicznie rozwlekać tego, co złe i co mnie irytuje (jedna z bliskich mi osób powiedziała mi niedawno przy kawie, że w takim razie nie jestem prawdziwą Polką) i wolę skupić się na innych rzeczach. Dobrych rzeczach. A tych w moim życiu na szczęście też nie brakuje, szczególnie w tym roku. Przeglądając kilka dni temu zawartość jednego z folderów na komputerze znalazłam wspomnienie jednej z nich. Miałam to wspomnienie wysłać do redakcji, ale jakoś przegapiłam wszystkie akceptowalne terminy i (może i całe szczęście) nigdy, przynajmniej nie w takiej formie, nie ujrzało ono światła dziennego. A jako, że ostatnio chętnie uciekam w myślach do tego wszystkiego, co wydarzyło się w maju, to niech pojawi się tutaj. Są takie osoby, które po kilku słowach kupują nas w zupełności. Są miejsca, w których zostawia się na zawsze jakąś część siebie. Są koncerty, których nigdy, nawet z głupich powodów, się nie zapomni. Tak było właśnie wtedy.

Malutki berliński klub. Na miniaturową scenę wkracza czwórka mężczyzn. Jeden zasiada za perkusją, drugi bierze do ręki całkiem pokaźny kontrabas, trzeci - gitarę. Jako ostatni pojawia się na niej najbardziej niepozorny z nich - drobny blondyn o wyglądzie nastolatka, który uśmiecha się nieśmiało do publiczności i siada przy pianinie. Później, jakby szukając aprobaty, patrzy na pozostałych członków zespołu. Widząc, że wszyscy są gotowi, kładzie dłonie na klawiszach i zaczyna grać. I właśnie w tym momencie staje się najbardziej czarującą osobą w pomieszczeniu. Ten chłopak nazywa się Tom Odell i jest obecnie jedną z najbardziej intrygujących postaci na brytyjskiej scenie muzycznej.

Pianiści mają niesamowity dar przekazywania emocji w taki sposób, żeby trafiały prosto w najczulszy punkt. Tom jest tego doskonałym przykładem. Kiedy tylko pierwsze dźwięki Grow Old With Me wypełniają pomieszczenie wiadomo już, że to będzie koncert niezwykły. Każde słowo tej piosenki chłopak wyśpiewuje z taką łagodnością i rozmarzeniem, jakby przed nim stało nie dwieście nieznajomych osób, ale właśnie kobieta, z którą chce się zestarzeć. Podczas następnego z kolei Can't Pretend uderza ręką w pianino, po czym wykrzykuje "oh love, I hope you know how much my heart depends" z wyraźnie słyszalną rozpaczą. Dopiero po tych dwóch piosenkach daje sobie i zespołowi chwilę wytchnienia, którą wykorzystuje także na przywitanie się z publicznością. Po dość karkołomnych próbach powiedzenia kilku słów po niemiecku, z powrotem kładzie ręce na klawiaturze i znów zabiera nas do swojego świata. Jako kolejne w setliście pojawiają się melodyjne Sirens i Sense, które jest według Toma najbardziej emocjonalną piosenką, jaką kiedykolwiek napisał. Następny utwór, cover beatlesowskiego Oh! Darling, okazuje się być istną perełką tego występu - Tom śpiewa go z taką namiętnością, że pozazdrościć mógłby mu nawet sam McCartney.
Po energetycznym Till I Lost i melancholijnym Trouble, Tom na moment przerywa grę i po krótkim (i nieco zagmatwanym) wprowadzeniu zaczyna grać piosenkę, od której wszystko się zaczęło - Another Love. Później, ku zaskoczeniu wszystkich, chwyta do rąk gitarę i to w jej akompaniamencie wykonuje kolejny utwór - Stay Tonight. Pierwszą część występu kończy Hold Me, pod koniec którego Tom po raz kolejny daje się ponieść emocjom i kopie stołek od pianina, który z hukiem przewraca się, a sprawca zamieszania wbiega za kulisy.

Po powrocie na scenę i kilku łykach whisky prosto z butelki, którą później częstuje publiczność (i która przypadkiem trafia prosto w moje ręce), Tom na prośbę zgromadzonych wykonuje kolejny cover - tym razem piosenki Honky Tonk Woman grupy The Rolling Stones. Na sam koniec pozostawia Cruel, podczas którego wpada w taki trans, że niemal przewraca pianino. Cały zziajany, bierze do ręki butelkę wody i oblewa się nią (reakcję damskiej części publiczności najlepiej opisuje natomiast sam tekst tej piosenki - "and all the girls, they scream"), po czym unosi rękę w geście podziękowania i zbiega ze sceny. Wszyscy zgromadzeni pozostają jednak na miejscach jeszcze przez dobre parę minut, próbując przetrawić to wszystko, czego doświadczyli przez ostatnią godzinę.


Z koncertu Toma Odella wychodzę oszołomiona. Oczarowana do tego stopnia, że w głowie już planuję kolejny. Wtedy nie wiedziałam jeszcze, że z racji premiery Long Way Down Tom zagra w naszym kraju. On najwyraźniej też nie, bo kiedy tylko dowiedział się, skąd przyjechałam, krzyknął "What?! That's crazy!!" tak głośno, jakbym zamiast 4 godziny drogi od Berlina mieszkała co najmniej 14. Jeśli więc ktoś z Was zastanawia się jeszcze, czy kupić bilet na jego warszawski koncert, odpowiedź jest jedna - jak najszybciej. Może to być ostatnia okazja na to, żeby zobaczyć go w tak małym klubie, bo ten artysta stworzony jest do rzeczy wielkich.


Żeby było jasne - to tekst w takiej formie, w jakiej miał trafić do redakcji. Z bardziej osobistej strony mogę dodać, że to jeden z najprzyjemniejszych i zdecydowanie najcieplejszych dni, jakie kiedykolwiek spędziłam w Berlinie i chociaż koncerty zazwyczaj wiążą się u mnie ze stresem, to tego dnia nic nie mogło zakłócić mojego spokoju. Zdecydowanie potrzebuję takich więcej!











Dobrze jest mieć na co czekać. I jakkolwiek głupio i banalnie to zabrzmi, w momentach takich, jak ten dobrze jest mieć do czego wracać. If you can't go back, where the hell did you go?




P.S. Jest z tego wieczoru jeszcze jedno zdjęcie, które się tutaj nie pojawiło. Kto chce, ten sam je znajdzie, a mnie wrodzona wstydliwość na to nie pozwala :)