Blair Waldorf zawsze była moją najulubieńszą wredną dziewczyną. I przyznam szczerze, że walka o ten tytuł w moim sercu była naprawdę zacięta, bo brała w niej udział chyba najbardziej wyszczekana (i dla mnie nadal najpiękniejsza) Brytyjka - Lily Allen. A jednak - w tej kategorii wygrała Queen B. Wyrafinowana, wytworna i kobieca. Mistrzyni intryg i geniusz słowa. Jej mądrościami mogłabym bez problemu wytapetować sobie pokój. Szczególnie tymi o modzie! Sprawiła, że wyglądanie dobrze przestało być dla mnie odległą alternatywą, a przyjemną koniecznością. I chwała jej za to!
Każdy, kto mnie zna, czy to na żywo, czy w internecie wie, że moda, już nawet nie po, ale obok muzyki jest moją największą miłością. Odkąd prawie trzy lata temu przeprowadziłam się do Wrocławia zawartość mojej szafy wzrosła do tego stopnia, że czasami mam obawy przed jej otwarciem, mając w głowie zabawną, acz tragiczną wizję śmierci poprzez przygniecenie nawałem ubrań. I mimo, że bardzo chciałabym zrzucić na kogoś odpowiedzialność za to przepełnienie mojej szafy, to przyznaję się bez bicia - to moja wina. Lubię się usprawiedliwiać mówiąc, że nadrabiam stracone lata. Bo pomimo tego, że (nieskromnie) obecnie słyszę na temat moich ubrań zazwyczaj pochlebstwa, to nie urodziłam się w pantofelkach od Jimmy'ego Choo. Co więcej, wieki ciemne (czyli te, w których uważałam, że to, jak wyglądam nic nie znaczy) trwały w moim przypadku przez prawie 17 lat. Ba, myślałam, że będą trwać wiecznie i wcale mi to nie przeszkadzało! W ciągu moich nastoletnich lat zdążyłam między innymi przerobić bycie fanką metalu, hippiską, buntowniczką i country girl. Wszystko to nie z powodu estetyki, ale próby odnalezienia się w dość brutalnej, gimnazjalnej rzeczywistości. Przez długi czas myślałam, że kiedy zaakceptuje mnie otoczenie, to i ja zaakceptuję siebie, a kiedy za każdym razem odnosiłam porażkę wydawało mi się, że moda (w sensie: ubrania) naprawdę nic nie znaczą. Całe te moje myślenie trwało aż do momentu mojego pierwszego wyjazdu do Londynu. Nie była to bynajmniej pierwsza stolica mody, jaką odwiedziłam, ale z całą pewnością ta, która wpłynęła na mnie najbardziej. Bo o ile Rzym w moim odczuciu był ostoją elegancji, Nowy Jork stolicą wyzwolenia a Paryż kolebką ekstrawagancji, tak Londyn, mimo całej swojej historycznej wytworności wydał mi się... naturalny. I przez to jaki kolorowy! I mimo tego, że płaszcz przeciwdeszczowy Burberry i kreacja Christophera Kane'a zdawały się być codziennością, to połączenie sukienki balowej z adidasami (jeszcze raz Lily) nie było modowym faux pas, ale ciekawym i akceptowalnym eksperymentem. Tak więc, z Londynu wróciłam potrójnie zakochana - w mieście, w jego mieszkańcach i w jego ubraniach. A później było już tylko lepiej. I oto jestem, ja, Kasia, lat 21, wiecznie w sukienkach, z Lily Allen, Zooey Deschanel, Florence Welch i Blair Waldorf czuwającymi nade mną.
Za co najbardziej kocham modę? Chyba za to, że przeplata się wręcz idealnie z każdą moją miłością. Na temat połączenia z muzyką powstała już cała audycja (a jeśli to nie wystarczy, to tytuł wpisu będący cytatem z piosenki Pulp i Florence Welch będąca inspiracją Gucci bronią się w zupełności). Jeżeli chodzi o kinematografię, moje uwielbienie do Zooey Deschanel i Blair Waldorf jest już samo w sobie wystarczającą odpowiedzią, a mogłabym podać jeszcze tuzin innych przykładów. No i w końcu podróże, bo traveling in style stało się domeną każdej z nich i nawet pęcherze na rękach od ciągnięcia za sobą przez bity miesiąc po całej Wielkiej Brytanii walizki ważącej ponad 20 kg nie zdołają mnie przekonać do tego, że w podróży najważniejsza jest wygoda (ok, jest ważna, ale nie priorytetowa). Nawet mój wymarzony mężczyzna przyznał niedawno, że ma w domu 75 par butów! Pozostaje mi w tym wypadku zacytować Fredericka: "If this isn't love, tell me what is".
A przede wszystkim kocham modę za to, że dzięki niej w końcu czuję się dobrze i w przeciwieństwie do moich buntowniczych lat zrozumiałam, że kiedy ja zaakceptuję siebie, to akceptacja otoczenia przestanie być priorytetem. Najbardziej na świecie irytują mnie ludzie mówiący, że moda jest dla ludzi pozbawionych własnego ja. Nie - moda jest dla ludzi, którzy przez nią potrafią pokazać siebie. Yves Saint Laurent wierzył, że moda nie tylko ma upiększyć kobiety, ale przede wszystkim je uspokoić i dać im odwagę. Mówił, że ubiór to styl życia. I chyba nie ma zdań, z którymi zgodziłabym się bardziej. Mody nie trzeba rozumieć, żeby ją kochać. Bo na tym polegają te najpiękniejsze miłości, prawda?

