Thursday, 12 January 2012

happy birthday



to the absolute original clown, artist, lover, brother, genius, non-genius, idiot also known as Thomas Peter Meighan


O ile urodziny Serdża i swoje spędzałam w Londynie (on zresztą też, a i tak nie się nie spotkaliśmy), urodziny Toma paradoksalnie spędzam w łóżku w Piekarach, a on, Serdż i cała reszta ślicznych chłopców (tak, wliczam w to obecność The Vaccines) spędzają je w Japonii. This is fucking unfair, chciałoby się powiedzieć patrząc na terminy egzaminów zapowiedzianych na przyszły tydzień i konspekt audycji, którego jeszcze wcale nie stworzyłam czekając na jakiś cud w postaci olśnienia Mikołaja Ziółkowskiego i ogłoszenia przez niego jutro o godzinie 20 nikogo innego niż Florence + The Machine. A przynajmniej oczekując na cud w postaci odmiennych niż moje przewidywania terminów zjazdów, co byłoby już jawnym pozwoleniem losu na kupienie sobie biletu na marcowy berliński koncert Kasabian. Swoją drogą, na razie bardziej niż sesja przeraża mnie ten brak perspektyw na tegoroczne koncerty (okej, wykluczam z tych perspektyw Open'er, który jest oczywistością i planów na Benicassim, które mam nadzieję, że wypalą) i przeklinam moment, w którym policzyłam, na ilu koncertach byłam w zeszłym roku, z czego wyszła piękna, okrągła liczba 70 koncertów i idące za tym postanowienie noworoczne, żeby tym razem być na 100. Life could be worse, you could be a nurse - śpiewa Ricky Wilson z tyłu mojej głowy. Znowu.


Moje urodzinowo-świąteczne prezenty (wracając do tematu urodzin) opierały się głównie o Tomaszową tematykę.




Hipsterska torba, którą dostałam od Asi, a "nie jestem fotonem, jestem psychofanką" jest wyrazem mojej frustracji na temat hipsterskości niektórych przedstawicieli naszego (już samego w sobie hipsterskiego) kierunku studiów





Od Lizoka dostałam zestaw "Sculpt your own perfect boyfriend" i kartkę z dopiskiem "ulep sobie Toma". Taki jest więc wynik mojego niemożliwego braku zdolności manualnych, ale i tak kocham i go, i Lizoka, bo jest pikusiem




Ostatni prezent, jaki przyszedł dostałam od Urbana, a kiedy otworzyłam ślicznie (nadużywam tego słowa) zapakowane pudełko wysypało się na mnie brokatowe confetti (blood and glitter tastes so bitter) i stos wstążeczek, który widać na zdjęciu, a pod nimi znajdowały się PUZZLE, będące naszą najlepszą rozrywką podczas listopadowego wyjazdu do Berlina na Kasabian, kiedy zamiast imprezować, siedziałyśmy w pubie i układałyśmy (niestety wybrakowane) puzzle z koniem i mapą Niemiec. Te z pewnością przydadzą się podczas podróży na Benicassim w lipcu








Chcę powrotu do życia i koncertu Kasabian zamiast utożsamiania się z Emmą Morley, please


(i spóźniłam się z postem o kilka minut :()